![]() |
![]() | |
Banichi wrócił w porze kolacji. Przyszedł z dwojgiem nowych służących oraz wózkiem z kolacją dla trojga. Algini i Tano, przedstawił ich Banichi. Algim i Tano ukłonili się z chłodem, który świadczył, że służą w wysokich salach, serdeczne dzięki, i przywykli do lepszych apartamentów. - Ufałem Taigiemu i Moniemu - mruknął Bren, kiedy służący zostawili wózek. - Algini i Tano mają upoważnienia - rzekł Banichi. - Upoważnienia. Czy odebrałeś moją pocztę? Ktoś zabrał moją pocztę. - Zostawiłem w biurze. Wybacz mi. Mógł poprosić Banichiego, żeby po nią wrócił. Mógł się przy tym uprzeć. Wtedy jednak wystygłaby kolacja - Banichi i Jago zaprosili się na kolację do jego apartamentu. Westchnął i przyniósł dodatkowe krzesło. Jago przyniosła drugie spod ściany. Banichi rozłożył stół i ustawił na nim dania, głównie mocno przyprawione gotowane owoce i dziczyznę z rezerwatu w Nanjiran. Atevi, a przynajmniej atevi Ragi, nie trzymali zwierząt rzeźnych. Mospheira handlowała z rejonami tropikalnymi, z mieszkającymi na południu Nisebi, kupując od nich przetworzone mięso, mięso zakonserwowane, którego nie trzeba było cienko krajać, żeby przeszło przez nie światło - który to handel Tabini nazywał haniebnym i który Bren z niechęcią obiecał ukrócić, ponieważ paidhi był zobowiązany do wywierania wpływu w obu kierunkach, chociaż bez prawa weta w sprawach obyczajów ludzi. Tak więc nawet na Mospheirze paidhi czyniłby nierozsądnie, jedząc coś poza dziczyzną, a i to w odpowiednim sezonie. Konserwowanie mięsa było czynnością handlową, a coś takiego związanego z odebranym zwierzęciu życiem, nie było kabiu, "w duchu dobrego przykładu". Dom aijiego musiał być kabiu. Bardzo kabiu. A przestrzeganie tej wyrafinowanej zasady stanowiło, na co zwrócił mu uwagę Tabini, czerpiąc szczególną satysfakcję z odwrócenia ról, ekologicznie pożyteczną praktykę. Paidhi oczywiście musi ją wspierać z takim samym entuzjazmem, jeśli pochodzi ona od atevich. Na rynku w mieście można było dostać pełen wybór mięsa. Mrożonego, konserwowego i suszonego na słońcu. - Nie jesteś głodny, nadi? - To nie jest moja ulubiona dziczyzna. - Tego wieczoru nie tryskał humorem. - Nikt nic nie wie. Nikt mi nic nie mówi. Doceniam troskę aijiego. I waszą. Czy jest jednak jakiś szczególny powód, dla którego nie mogę polecieć na kilka dni do domu? - Aiji... - Potrzebuje mnie. Nikt jednak nie wie, po co. Chyba nie wprowadziłabyś mnie w błąd, co, Jago? - To mój zawód, nadi Bren. - Kłamać mi. Przy stole zapadła niezręczna cisza. Ta bezpośredniość miała być gorzkim żartem. Wybrał jednak niewłaściwy moment, niewłaściwy nastrój, uderzając w ich szczere i prawdopodobnie nieudane próby znalezienia odpowiedzi. Spośród wszystkich ludzi właśnie on był wyszkolony, żeby nie popełniać takich błędów. - Wybaczcie mi - rzekł. - Jego kultura kłamie - wyjaśnił Banichi Jago. - Przyznanie jednak, że zrobiło się coś takiego, obraża ofiarę. Jago przybrała zdziwiony wyraz twarzy. - Wybaczcie mi - powtórzył Bren. - To był żart, nadi Jago. Jago wciąż była zaskoczona i zmarszczyła czoło, lecz bez gniewu. - Traktujemy tę groźbę bardzo poważnie. - Ja teraz też zaczynam. Gdzie jest moja poczta, Banichi? - pomyślał. Zamiast zapytać, zjadł łyżkę zupy. Zbytni pośpiech w odniesieniu do atevich w żadnym wypadku nie przynosił pożądanych rezultatów. - Jestem wdzięczny. Na pewno mieliście inne plany na dziś wieczór. - Nie - odparła Jago. - Mimo wszystko - powiedział, zastanawiając się, czy telewizja już nadaje jak dawniej i jakimi tematami będzie zabawiał Banichiego i Jago przez resztę wieczoru. Może na kanale rozrywkowym jest jakiś dramat. Wyglądało na to, że mogą zostać na noc. Zadał sobie pytanie, w czyim łóżku będą spali? Zupełnie nie było po nich widać skutków zeszłej nocy. - Gracie w karty? - W karty? - powtórzyła Jago, a Banichi odsunął swoje krzesło i powiedział, że ją nauczy. - Co to są karty? - powiedziała Jago, kiedy Bren chciał zapytać o swoją pocztę. Banichi najprawdopodobniej miał jednak na głowie o wiele ważniejsze sprawy, jak sprawdzenie ochrony i dopilnowanie, żeby działały urządzenia monitorujące. - To gra liczbowa - powiedział Bren, żałując, że Banichi zostawia go sam na sam z Jago; miał nadzieję, że nie na całą noc. "Kiedy wychodzisz?" nie było grzecznym pytaniem. Wciąż usiłował wymyślić, jak je zadać Banichiemu albo co powinien powiedzieć, gdyby Banichi powiedział, że Jago zostaje... kiedy Banichi wyszedł z pokoju ze słowami: - Uważaj na przewód, nadi Bren. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
- Remi - rzekła Jago. Bren westchnął i odłożył karty z zadowoleniem, że nie grali o pieniądze. - Wybacz - powiedziała Jago. - Powiedziałeś, że powinnam to powiedzieć. Niestosowne napawanie się zwycięstwem wcale nie było... - Nie, nie. Taki jest zwyczaj. - Ateva nie ma pewności. Czy mam być pewna? Zawstydził Jago. Był mishidi - niezręczny. Wyciągnął dłoń, co było gestem pojednania. - Masz być pewna. - Boże, człowiek nie mógł zrobić kroku, nie potykając się o ich wrażliwe punkty. - Właściwie uprzejmie jest powiedzieć, że się wygrało. - Nie liczysz kart? Pamięć atevich, szczególnie jeśli chodziło o liczby, była niezawodna. Nie miał tu znaczenia fakt, że Jago nie należała do fanatycznych rachmistrzów, jakich pełno było w otaczającym fortecę mieście. Nie, nie policzył dokładnie kart. Nigdy nie należy grać w gry liczbowe z atevimi. - Zapewne poszłoby mi lepiej, nadi Jago, gdyby nie rozpraszała mnie ta sytuacja. Obawiam się, że ma ona dla mnie trochę bardziej osobistą wagę. - Zapewniam cię, że postawiliśmy na twoje bezpieczeństwo naszą osobistą reputację. Nigdy nie pozwolilibyśmy sobie na niepełne zaangażowanie. Chciał oprzeć głowę na ręce i w ogóle zaprzestać rozmowy, ale to także Jago potraktowałaby jako dowód, że się obraził. - Nie spodziewałbym się niczego innego, nadi Jago, i wcale nie wątpię w wasze umiejętności. Żałuję jedynie, że nie jestem w pełni swoich władz umysłowych, bo inaczej nie przyniósłbym sobie wstydu, sprawiając wrażenie, że w was wątpię. - Bardzo mi przykro. - Będę o wiele bystrzejszy, kiedy się wyśpię. Połóż, proszę, moje pomyłki na karb dezorientacji. Płaska, czarna twarz Jago i jej pełne życia żółte oczy wyrażały więcej niż zwykle - nie urazę, pomyślał, lecz ciekawość. - Wyznaję, że nie czuję się swobodnie - powiedziała ze zmarszczonymi brwiami. - Twierdzisz, że w żadnym wypadku nie zostałeś obrażony. - Nie. - Rzadko dotykało się atevich, lecz jej zachowanie do tego zachęcało. Poklepał jej rękę leżącą na stole. - Rozumiem cię. - Chyba niezupełnie wyraził to, co chciał, i spojrzawszy jej w oczy, dorzucił swoje szczere myśli. - Chciałbym, żebyś mnie w tym zrozumiała. To ludzka myśl. - Czy potrafisz mi to wyjaśnić? Nie pytała Brena Camerona: nie znała Brena Camerona. Pytała paidhiego, tłumacza przy jej narodzie. Tylko tyle była w stanie zrobić, pomyślał Bren, jeśli chodzi o człowieka, do którego ochrony przydzielił ją aiji po zeszłonocnym incydencie - człowieka, który w jej oczach nie traktował zagrożenia wystarczająco poważnie ani nie traktował poważnie jej samej. I jak miała o nim cokolwiek wiedzieć? Jak się miała domyślić, skoro paidhi dawał jej dziwaczne wskazówki? "Wyjaśnisz mi to?" zapytała, kiedy wyraził na głos życzenie, żeby go zrozumiała. - Gdyby to było łatwe - powiedział, wytężając wszystkie władze umysłowe, żeby mówić z sensem, a może odwrócić bieg jej myśli - to paidhi wcale nie byłby potrzebny. Ja wtedy jednak nie byłbym człowiekiem, a ty nie byłabyś atevą i nikt by mnie nie potrzebował, prawda? To wcale niczego nie wyjaśniało. Próbował tylko zbagatelizować nieporozumienie. Jago na pewno tyle potrafiła zrozumieć. Martwiła się tym i myślała o tym. Widział to w jej oczach. - Dokąd poszedł Banichi? - zapytał, czując, że to, co się między nimi dzieje, coraz bardziej wymyka się spod jego kontroli. - Czy zamierza tu wrócić na noc? - Nie wiem - odparła, wciąż zmarszczona. Wtedy stwierdził, pogrążony w zamęcie zmęczonych i coraz bardziej chaotycznych myśli, że nawet to mogło zabrzmieć, jakby wolał od niej Banichiego. Bo wolał. Powodem nie był jednak jakikolwiek brak kompetencji z jej strony. Rozmowa ze sprzedawcą nie ufającym komputerom to co innego. Nie kleiła się rozmowa z Jago. Nie potrafił zapomnieć o uwadze Banichiego, że podobają jej się jego włosy. Postanowił zmienić temat. - Chcę moją pocztę. - Mogę go wywołać i poprosić, żeby ją tu przyniósł. Zapomniał o komunikatorze kieszonkowym. - Będę wdzięczny - powiedział i Jago spróbowała uzyskać połączenie. Próbowała kilka razy. - Nie mogę go złapać. - Czy nic mu się nie stało? - Sprawa poczty zeszła na dalszy plan, lecz Bren obawiał się, że nie straciła swego znaczenia. Działo się zbyt wiele dziwnych rzeczy. - Na pewno nie. - Jago zebrała karty. - Chcesz zagrać jeszcze raz? - A co będzie, jeśli ktoś się tu włamie i będziesz potrzebowała pomocy? Jak myślisz, gdzie on jest? Szerokie nozdrza Jago rozchyliły się. - Mam pewne środki, nadi Bren. Nie potrafił przestać jej obrażać. - A jeśli on będzie miał kłopoty? Jeśli zastawią na niego pułapkę w korytarzach? Możemy nic o tym nie wiedzieć. - Bardzo się dziś martwisz. Owszem. Tonął w tym, co atevskie, a ta niemożność zrozumienia wywołała u niego w nagłej chwili paniki wątpliwości co do jego własnej przydatności na tym stanowisku. Zaczął się zastanawiać, czy brak przenikliwości, jakim się wykazał przy Jago, nie ma o wiele bardziej ogólnego charakteru - czy w przypadku pewnej osoby nie doprowadził do zagrożenia, w jakim teraz się znalazł. A z drugiej strony pomyślał, czy nie dał się zwieść nadgorliwości swoich strażników, wywołanej pewnym zagrożeniem zagrożenia, które już nigdy więcej się nie pojawi. - Czym się tak martwisz, paidhi? Zamrugał i przypadkiem spojrzał w żółte, nieruchome oczy Jago. Nie wiesz? pomyślał. Czy to pytanie to jakieś wyzwanie? Czy świadczy o twojej nieufności? Po co pytasz? Nie całkiem jednak potrafił powiedzieć "zaufanie" w języku Jago, a przynajmniej w takim znaczeniu, jakie ten termin miał wśród ludzi. Każdy dom, każda prowincja należała do dziesiątków patronatów oplatających swymi sieciami cały kraj, którego prowincje nadgraniczne łączyły się w patronaty ponad domniemanymi granicami z patronatami sąsiednimi, tworząc nie kończącą się, mętną plątaninę granic, które nie były granicami zarówno pod względem geograficznym, jak i wspólnoty interesów. Czy można tu powiedzieć "zaufanie"? Raczej man'chi - "główny patronat", jedyny patronat określający daną osobę. - Man'china aijiia nai'am - powiedział, na co Jago zamrugała oczyma po raz trzeci. "Przede wszystkim moim patronem jest aiji". - Nai'danei man'chini somai Banichi? - "Kto jest przede wszystkim patronem twoim i Banichiego?". - Tabini - aijiia, hei. - Ale atevi mogli kłamać wszystkim oprócz swego głównego patrona. - A nie jesteście wzajemnie swoimi patronami? - zapytał. Sądziłem, że jesteście sobie z Banichim bardzo bliscy. - Mamy to samo man'chi. - A względem siebie? Zobaczył, jak przez jej twarz przemknęło coś, co mogło być prawdą, po czym nastąpiło nieuniknione zmarszczenie brwi. - Paidhi zna szkody, jakie może wyrządzić takie pytanie rzekła Jago. - Paidhi - aiji - odparł - wie, o co pyta. Uważa, że to jego obowiązek, nadi. Jago wstała od stołu, przeszła przez pokój i przez chwilę nic nie mówiła. Wyjrzała przez drzwi ogrodowe, stojąc obok uzbrojonego przewodu - denerwował się, ale pomyślał, że nie powinien jej ostrzec, a tylko być gotowym, żeby jej o tym przypomnieć. Jago i tak była drażliwa. Właściwie jej nie obraził, ale pytał o niezwykle osobiste sprawy. Sugerowała, że Tłumacz powinien być świadom, że nie otrzyma szczerej odpowiedzi, na co on odparł, wyraźnie przemawiając do jej słuchu wrażliwego na wszelkie polityczne niuanse, że Tłumacz służy aijiemu, pytając o prawdziwą hierarchię jej prywatnych związków. W wolnym tłumaczeniu: "Gdybyś miała kogoś zdradzić, aijiego albo Banichiego, to którego z nich byś zdradziła, Jago?". Którego z nich zdradziłaś? Czy jest głupcem, zadając takie pytanie, skoro jest z nią w pokoju sam na sam? Jeśli jednak o to chodzi, to jest sam w całym kraju, jest jedynym człowiekiem wśród trzystu milionów atevich, a nawet kilku miliardów atevich żyjących na tym świecie, i jego obowiązkiem jest zadawanie pytań - owszem, z większą dozą inteligencji i sprytu, niż właśnie wykazał, ale jest na tyle zmęczony i zdezorientowany, że chce mieć pewność przynajmniej co do ich trojga, Tabiniego, Banichiego i Jago, zanim ruszy dalej brukowaną i przyjemną drogą wiary. Mógł wyrządzić swemu gatunkowi zbyt wiele szkód, wierząc w kłamstwo, za daleko idąc fałszywą ścieżką, przypisując zbyt wiele prawdy niewłaściwym osobom... Bo nie był tylko tłumaczem aijiego. Miał swój główny patronat, przerastający rangą wszystko inne, patronat wypisany na jego skórze i twarzy - patronat, który atevi widzieli za każdym razem, kiedy na niego patrzyli. Czekał, aż Jago przemyśli jego pytanie, a może nawet zada sobie pytanie o własną lojalność, o co atevi woleliby nie pytać. Może w umysłach atevich, podobnie jak u ludzi, były setki sprzecznych ze sobą przedziałów, których nikt nie ośmielał się szeroko otwierać i zaglądać do środka. Nie wiedział. Być może pytał o zbyt wiele, być może pytanie było zbyt osobiste i zbyt niebezpieczne. Może pytanie o lojalność atevich jako grupy samo w sobie podawało w wątpliwość jakiś dogmat - i może ich koncepcja man'chi była u samej podstawy równie fałszywa, jak zawsze chcieli tego ludzie, pragnąc, na poziomie emocji, żeby atevi traktowali pojedyncze wartości interpersonalne tak jak oni. Paidhi w to nie wierzył. Paidhiemu nie wolno wierzyć w tę najgroźniejszą i najbardziej niebezpieczną z iluzji. Był rozdygotany. I, być może, widząc, że paidhi jest rozdygotany, Jago nie chciała mu odpowiedzieć. Znów posłużyła się kieszonkowym komunikatorem, pytając Banichiego, czy ją słyszy, wciąż jednak nie patrzyła na Brena. Banichi wciąż nie odpowiadał. Wtedy, zmarszczywszy się, może z jakiegoś innego powodu, Jago wywołała centralę i zapytała, gdzie jest Banichi lub czy ktokolwiek to wie - lecz nie, centrala nie wiedziała. Bren pomyślał, że może Banichi jest z jakąś kobietą, chociaż postanowił, że zachowa to dla siebie, domyślając się, że jeśli w ogóle jest to prawdopodobne, to Jago sama do tego dojdzie. Nie był pewien, czy Banichi i Jago sypiają ze sobą. Nigdy nie miał całkowitej pewności co do panujących między nimi stosunków, poza zażyłym, długoletnim zawodowym partnerstwem. Zobaczył, że Jago marszczy się jeszcze bardziej. - Niech ktoś się dowie, gdzie jest - powiedziała do komunikatom. Istniały kody słowne; wiedział o tym i nie potrafił powiedzieć, czy podsłuchana przez niego odpowiedź jest jednym z nich. Centrala odparła: "Praca laboratoryjna", ale Jago chyba się to nie spodobało. - Powiedzcie mu, żeby się ze mną skontaktował, jak skończy - poleciła Jago, sprawiając wrażenie niezadowolonej, i po otrzymaniu potwierdzenia przerwała łączność. - Nie spałeś zeszłej nocy - powiedziała swoim delikatniejszym, zawodowym tonem i, przestąpiwszy przewód, rozsunęła drzwi ogrodowe. - Proszę cię, odpocznij, nadi Bren. Był wyczerpany. I wolałby otrzymać jasne odpowiedzi. Wcale też nie był pewien, czy chce, żeby drzwi do ogrodu były otwarte. Może to oni zastawiają pułapkę. Nie miał dzisiaj nastroju do bycia śpiącą przynętą. - Nadi - powiedział - czy zapomniałaś o moich pytaniach? - Nie, paidhi - ji. - Ale nie zamierzasz na nie odpowiedzieć. Jago utkwiła w nim żółte, świetliste spojrzenie. - Czy na Mospheirze zadaje się takie pytania? - Zawsze. - Nie wśród nas - odparła Jago i przeszła przez pokój do drzwi. - Jago, powiedz, że się nie gniewasz. Znów to spojrzenie. Zatrzymała się tuż przed śmiercionośnym kwadratem na dywanie, wyłączyła go i odwróciła się do Brena. - Po co zadawać takie zbędne pytanie? Nie uwierzyłbyś w żadną z odpowiedzi. Zaskoczyło go to. I spowodowało, że jego reakcja była z rozmysłem obca. - Ale ja jestem człowiekiem, nadi. - A więc twoje man'chi nie jest związane z Tabinim. Niebezpieczne pytanie. Zabójcze pytanie. - Oczywiście, że tak. Ale co by było, gdybyś miała dwa... dwa bardzo silne man'chiin? - Nazywamy to próbą charakteru. - Przy tych słowach Jago otworzyła drzwi. - My też, nadi Jago. Przyciągnął jej uwagę. Czama, rosła, potężna, stała na tle pasa jaśniejszego światła padającego z korytarza. Stała, jakby chciała coś powiedzieć. Zapiszczał komunikator, domagając się jej uwagi. Zapytała centralę, gdzie jest Banichi. Okazało się, że wyszedł z laboratorium, ale jest na jakiejś naradzie i prosi, żeby mu nie przeszkadzać. - Dziękuję - powiedziała do mikrofonu. - Przekażcie moją wiadomość. - A do Brena: - Oba przewody będą włączone. Połóż się do łóżka, nadi Bren. Gdybyś mnie potrzebował, będę na zewnątrz. - Całą noc? Przez chwilę milczała. - Nie wychodź do ogrodu, nard' paidhi. Nie stawaj przed drzwiami. Bądź ostrożny i idź spać. Zamknęła za sobą drzwi. Przewód ponownie się uzbroił chyba. Kiedy drzwi się zatrzasnęły, uniósł się. Czy to wszystko było potrzebne - Jago i w dodatku przewód - żeby mógł spać spokojnie? I gdzie był Banichi, i co miała znaczyć ta wymiana pytań,
ta rozmowa o lojalności? Nie pamiętał, kto ją zaczął. | ||
![]() |
![]() |