Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 2 .    

   Kontrowersje między transportem drogowym i koleją miały długą historię. Lobby przedstawicieli transportu drogowego, które chciało rozbudowy dróg do miast na wzgórzach, wywierało silny nacisk, przeciwstawiając się równie mocnej presji przemysłu kolejowego, żądającego pieniędzy na badania związane z rozwijaniem dużych prędkości oraz rozszerzenia sieci kolejowej na wyżyny, przeciwstawiając się zarazem lotniczym przewozom handlowym i płatnikom podatków, którzy nie chcieli ich podnoszenia. Gubernator prowincjonalny chciał dróg zamiast odnogi linii kolejowej i wysuwał odpowiednie argumenty, używając swych znacznych wpływów w stosunku do ministra robót.

   Z dawno już wyłączonym komputerem pod ręką Bren wysłuchiwał argumentów, które słyszał przy wielu okazjach - to była ich przerobiona wersja - a w notesie leżącym przed nim na stole rysował zachodzące na siebie kółka, które zapewne miały jakieś znaczenie psychologiczne.

   Było to o wiele bardziej interesujące zajęcie niż słuchanie wypowiedzi ministra. Jago była gdzieś na zewnątrz, prawdopodobnie delektowała się jakimś napojem, podczas gdy paidhi - aijiemu kończyła się woda z lodem.

   Minister robót mówił śpiewnym, usypiającym tonem. Paidhi - aiji miał jednak obowiązek słuchania, na wypadek, gdyby propozycja wymagała podjęcia jakiegoś działania. Paidhi - aiji nie miał oczywiście prawa głosu, nawet gdyby doszło dzisiaj do głosowania nad sprawą drogi, na co się jednak nie zanosiło. Nie miał nawet prawa samowolnego odzywania się, chyba żeby zdecydował się skorzystać ze swej jedynej prawdziwej prerogatywy - prawa zawetowania zalecenia rady dla izby niższej, tashńdu. Weto zachowywało moc do czasu zebrania się tashńdu w celu rozważenia go. Bren skorzystał z niego dwa razy na posiedzeniach rady do spraw badań i rozwoju, nigdy jednak względem tego ministra robót, chociaż jego poprzednik uczynił to osiemnaście razy, co było rekordową liczbą, w sprawie nigdy nie ukończonej drogi Transmontane, której powstanie, od czasów zbudowania połączenia kolejowego, stało się wątpliwe.

   Człowiek miał nadzieję.

   W bibliotece na Mospheirze znajdowała się cała ludzka historia, wszystkie zapisy ich przodków czy też wszystkie te, do których wciąż mieli dostęp - zapisy, które mówiły z mądrością mądrego po szkodzie, że zużywanie zasobów petrochemicznych planety w orgii prywatnego transportu nie było najlepszym długofalowym podejściem - czy to dla środowiska, czy dla jakości życia. Rada paidhiego mogła być sprzeczna z miejscowymi ambicjami. W przypadku systemu dróg rada była sprzeczna, i to zdecydowanie. Atevi jednak czynili olbrzymie postępy, a powietrze nad łańcuchem Bergid wciąż lśniło. Paidhi czerpał z tego pewną dumę - w imieniu licznych paidhiin przed nim, od niemal dwustu lat sprawujących ten urząd.

   Atevi nie całkiem jeszcze opanowali siłę pary, kiedy na ich planetę przybyli nieproszeni i niechętni ludzie.

   Atevi widzieli zalety techniki i podobnie jak ludzie pragnęli zysków i postępu - lecz w przeciwieństwie do nich postrzegali zysk raczej w kategoriach władzy przypisanej do ich skomplikowanych wzajemnych powiązań. Ludzcy teoretycy mówili, że ma to związek z ich psychiką, ponieważ skłonność ta wydawała się przekraczać granice kulturowe. Takie uczone dywagacje były użyteczne dla teoretyków siedzących bezpiecznie na Mospheitze, lecz nie dla paidhi - aijiego, którego wypowiedzi musiały mieć praktyczne zastosowanie dla aijiego atevich Ragi w mieście Shejidan, dla Patronatu będącego najbliższym sąsiadem i długoletnim sprzymierzeńcem Mospheiry.

   W przeciwnym wypadku mogła mieć miejsce druga paskudna konfrontacja ludzkiej techniki z atevskim haroniin, pojęciem, dla którego nie istniało żadne ludzkie słowo ani nawet pełne tłumaczenie. Dość powiedzieć, że atevska cierpliwość ma swoje granice, że zabójstwo jest zasadniczym elementem utrzymywania równowagi w atevskim społeczeństwie, a haroniin oznacza coś w rodzaju "skumulowanej presji na system, usprawiedliwiającej dostosowanie". Podobnie jak wszystkie inne przybliżenia: aiji niezupełnie był "księciem", a już na pewno nie "królem", a atevska koncepcja państw, granic i stref władzy miała pewne wspólne elementy z atevską koncepcją planów lotów.

   Nie, pomysł rozwoju dróg i niezależnego transportu, decentralizującego oparty na podatkach skuteczny system robót publicznych, na którym wspierali się poszczególni aijiin na całym kontynencie, którzy z kolei wspierali Tabiniego i system w Shejidan - nie był dobry.

   Nie było dobrym pomysłem popieranie systemu, w którym przedsiębiorcy mogli zacząć robić duże pieniądze, zakładając kolejne osiedla wzdłuż dróg i tworząc korporacje w ludzkim stylu.

   Nie w systemie, gdzie zabójstwo stanowiło zwyczajny i legalny sposób regulacji konfliktów społecznych.

   Niech to diabli, ten atak na jego apartament był niepokojący, a niepokój Brena rósł tym bardziej, im więcej czasu dzieliło go od chwili przeżytego strachu. W labiryncie myśli, do którego człowiek był automatycznie wciągany, będąc paidhim dzięki wieloletnim studiom i współzawodnictwu o to stanowisko, w rezultacie czego nabierało się płynności w używaniu języka, na który ludzkie słowa i ludzkie myśli nie przekładały się łatwo - na powierzchnię bardzo ciemnych wód atevskiej psychiki, tak jak ją rozumiał Bren, zaczęły wypływać fragmenty różnych powiązań. Fragmenty te robiły to od zeszłej nocy: przypadkowe urywki niepokojących myśli wypływające z miejsca styku atevskich i ludzkich pojęć.

   Niepokojące myśli, które mówiły, że atak na paidhi - aijiego, tego pozornie nieszkodliwego, neutralnego i dyskretnie milczącego paidhi - aijiego, był albo wynikiem szaleństwa, albo zamierzonym atakiem na jakiś system, to znaczy na każdy element status quo.

   Starał się być najbardziej apolityczną, najcichszą osobą na dworze Tabiniego. Nie angażował się w żaden proces polityczny: podczas posiedzeń jakichś rad o znaczeniu technicznym czy społecznym, milcząc, siedział w kącie i rzadko, bardzo rzadko, przedstawiał jakiś referat. Zwrócenie na niego publicznej uwagi, co właśnie zrobił Tabini, było sprzeczne z całą ugruntowaną polityką jego urzędu.

   Żałował, że Tabini zgłosił swój Zamiar - ale Tabini najwyraźniej musiał surowo zareagować na wtargnięcie do Bu - javid, a szczególnie na niedopełnienie przez zleceniodawcę zabójcy obowiązku zgłoszenia waśni.

   Mimo że zabójstwo było legalne i akceptowane, w myśl zasad atevich nie dokonywało się go bez zgłoszenia, nie dokonywało się go, nie mając licencji, i nie zamawiało się krwawych łaźni. Usuwało się dokładnie tę osobę, której usunięcie rozwiązywało problem. Atevi nazywali to biichi - gi. Ludzie tłumaczyli ten termin jako "finezja".

   Finezja była z pewnością tym, czego atakowi na Brena brakowało - prawdopodobnie zabójca nie spodziewał się, że paidhi będzie miał pistolet, którego po tej stronie cieśniny Mospheiry ludziom nie wolno było nosić.

   Pistolet, który bardzo niedawno dał mu Tabini.

   A Banichi i Jago twierdzili, że nie mogą znaleźć żadnych śladów.

   Cholemie niepokojące.

   Atak na jakiś system? Paidhi - aiji mógł być identyfikowany z wieloma systemami - na przykład jako człowiek, jako paidhi - aiji, jako osoba informująca aijiego, że pod względem długofalowych planów ekologicznych system kolejowy jest lepszy od transportu drogowego... Kto jednak poza stroną, która postanowiła potraktować sprawę "finezyjnie", dokładnie znał powód?

   Historycznie paidhi - aiji nigdy nie był celem. Jego zadaniem podczas trwania kadencji było zbieranie słów, uzupełnianie słownika, obserwacja zmian społecznych. Rad, które dawał Tabiniemu, bynajmniej nie wymyślał wyłącznie sam: wszystko, co robił i mówił, pochodziło od setek specjalistów i doradców na Mospheirze, którzy szczegółowo instruowali go, co ma mówić, co oferować, do czego się przyznawać - zatem finezyjne wyeliminowanie go mogło być wyrazem niezadowolenia z ludzi, na pewno jednak nie przyśpieszyłoby powstania dróg.

   Tabini wyczuł, że coś wisi w powietrzu, i uzbroił go.

   A on nie doniósł o tym fakcie na Mospheirę, co stanowiło drugi punkt do rozważenia: Tabini poprosił go, żeby nikomu nie mówił o pistolecie, a Bren zawsze cenił pewne nieliczne osobiste rozmowy z aijim i swoją dyskrecję rozszerzył na oficjalne sprawozdania. Martwił się tym, ale osobiście i zawodowo pochlebiało mu zaufanie Tabiniego - tam, w domku myśliwskim w Taiben, gdzie zawieszano wszystkie dworskie zasady i wszyscy byli na wakacjach. Strzelanie do celu było sportem atevich, ich pasją, a Tabini, doskonały strzelec, najwyraźniej uległ kaprysowi i pogwałcił szczegółowy zapis Traktatu, dając paidhiemu, jak się wtedy wydawało, niezwykły tydzień osobistej zażyłości, co było rzadkim gestem - jeśli nie przyjaźni, a przynajmniej tego, co u atevich uchodziło za przyjaźń, to zniesienia wszelkich formalności wiążących tak Brena, jak Tabiniego.

   Natychmiast podniosło to jego status w oczach niektórych osób. Tabini sprawiał wrażenie zadowolonego, że Brenowi spodobały się lekcje, a podarowanie mu pistoletu wydawało się chwilą ekstrawaganckiego buntu. Podczas gdy Tabini nalegał, żeby Bren "trzymał go na podorędziu", jego myśli miotały się między niezaprzeczalnym, bezprecedensowym i być może zapowiadającym zmianę polityki ciepłem gestu Tabiniego względem człowieka, a natychmiastową, pełną winy paniką, wynikającą z jego oficjalnej pozycji oraz obowiązku informowania o wszystkim przełożonych.

   Od razu zaczął się martwić, co zrobi z pistoletem w samolocie i w jaki sposób - jeśli w ogóle - się go pozbędzie, a może go zgłosi, skoro Tabini mógł to wszystko ukartować, żeby przekonać się, czy narzuconym przez zwierzchników regułom Bren nadaje wymiar osobisty, czy też traktuje je wybiórczo.

   Kiedy znalazł się już bezpiecznie na pokładzie samolotu lecącego do domu, ze straszliwą tajemnicą pistoletu i amunicji w torbie pod nogami, obserwował przesuwający się krajobraz i uświadomił sobie, jak bardzo została wzmocniona ochrona Tabiniego w ciągu ostatnich kilku tygodni.

   Wtedy ogarnął go strach. Wtedy zrozumiał, że wplątał się w coś, z czego nie wiedział, jak się wyplątać - że powinien o tym donieść, ale tego nie zrobił, ponieważ nikt na Mospheirze nie potrafił tak dobrze jak on odczytać sytuacji na dworze Tabiniego w czasie rzeczywistym. Wiedział, że w powietrzu wisi jakieś niebezpieczeństwo, lecz w jego ocenie sytuacji mogło brakować zasadniczych elementów, a bardzo nie chciał otrzymać rozkazów od przełożonych, zanim nie będzie się orientował w nastrojach panujących w stolicy.

   Dlatego właśnie włożył pistolet pod materac, którego jego służący zasadniczo nie ruszali, zamiast do którejś z szuflad, w których czasami robili porządek.

   Dlatego kiedy przez drzwi do jego sypialni wszedł tamten cień, nie stracił ani sekundy na pościg, tylko natychmiast wystrzelił. Mieszkał w Bu - javid na tyle długo, żeby gdzieś na elementarnym poziomie świadomości wiedzieć, że atevi nie wchodzą bez zaproszenia - nie w społeczeństwie, gdzie wszyscy są uzbrojeni, a zabójstwa są legalne. Zabójca z pewnością był przekonany, że paidhi nie będzie miał broni - i spotkała go największa niespodzianka w życiu.

   Nie była to próba mająca na celu złapanie go z pistoletem w ręku. Nie wyjaśniało to jednak, dlaczego...?

   Bujał w obłokach, tymczasem postawiono wniosek o głosowanie na następnym posiedzeniu. Przegapił ostatnie uwagi ministra. Jeśli paidhi bez sprzeciwu dopuści, żeby rada coś zaakceptowała, to może stracić pozycję, o której utrzymanie walczyli przez dwieście lat jego poprzednicy. Istniały takie punkty, po przekroczeniu których nawet Tabini nie mógł cofnąć zaleceń rady, nie chcąc podjąć walki mogącej stać w sprzeczności z jego interesami - bo, co oczywiste, w razie wątpliwości Tabini stawał po atevskiej stronie.

   - Będę prosił o protokół - powiedział po zakończeniu obrad, zewsząd ściągając na siebie zaskoczone spojrzenia.

   Prawdopodobnie wszystkich to niepotrzebnie zaalarmowało - mogli wziąć jego ponury nastrój za gniew, a prośbę o protokół za ostrzeżenie, że paidhi rozważa możliwość weta.

   I to przeciwko jakim interesom? Zobaczył grymas rodzący się na twarzy ministra, który zastanawiał się, czy paidhi zajmuje jakieś niezrozumiałe stanowisko - a niedobrze było wywoływać w myślach atevy zamęt. Działanie rodziło działanie. Miał dość kłopotów bez niepotrzebnego wzbudzania strachu u innych.

   Minister robót mógł nawet dojść do wniosku, że za atak, o którym wiadomość na pewno już obiegła cały kontynent, Bren wini kogoś z jego biura, a w takim wypadku minister mógł pomyśleć, że powinien bronić swoich interesów lub znaleźć sobie sojuszników, których w jego przekonaniu Bren mógłby się bać.

   Powiedzieć, że nie słuchał przemowy? Urazić łagodnego i gadatliwego ministra robót, trafiając w najczulszy punkt jego próżności? Obrazić całą radę sugestią, jakoby jej sprawy go nudziły?

   Niech to licho, drobne zaburzenie atevskich spraw prowadziło do takich konsekwencji. Już samo poruszanie się wśród nich było piekielnie delikatne. A oni nie rozumieli osób, których twarze odzwierciedlały każde przelotne uczucie.

   Wziął swój komputer. Wyszedł na korytarz, pamiętając o ukłonach i uprzejmości dla atevich, których mógł zaniepokoić.

   U jego boku natychmiast pojawiła się Jago, sztywna Jago, nie tak wysoka, jak otaczający ją atevi, lecz stanowcza, rozważna i niebezpieczna w stopniu, który nakazywał wszystkim z jego otoczenia ponownie rozważyć jego pozycję i środki, jakimi dysponuje.

   A raczej środki, jakimi dysponuje aiji, jeśli przed chwilą mieli co do Brena jakiekolwiek zastrzeżenia.

   To była kolejna zasada myślenia atevich - jeśli ktoś ma taką władzę i jeszcze jej nie użył, to nie zrobi tego tak długo, jak długo utrzyma się status quo.

    - Odkryliście coś? - zapytał Jago, kiedy tylko znaleźli się sami w korytarzu.

   - Obserwujemy - odparła. - To wszystko. Trop ostygł.

   - Bezpieczniejsza byłaby dla mnie Mospheira.

   - Ale Tabini cię potrzebuje.

   - Banichi też tak powiedział. Do czego? Nie mogę mu udzielić żadnych rad. Nie wiem o jakichkolwiek skierowanych do mnie pytaniach, chyba że coś wypłynie w protokole energetycznym. Przepraszam. Nie skupiałem się na sprawach urzędowych.

   - Prześpij się dziś w nocy.

   Ze śmiertelnymi pułapkami przy obojgu drzwiach. Na tę radę nie miał nic do powiedzenia. Skręcił na pocztę, żeby odebrać korespondencję, mając nadzieję na coś przyjemnego. List z domu. Czasopisma, zdjęcia ludzkich twarzy, artykuły napisane w ludzkim języku i oparte na ludzkiej logice, przez kilka godzin po kolacji, żeby pozbyć się myśli, które będą go nawiedzać we śnie przez drugą noc z rzędu. Był to jeden z tych dni, kiedy chciał powiedzieć Barb, żeby wsiadła do samolotu, przyleciała tutaj, to tylko dwadzieścia cztery ludzkie godziny...

   Ze śmiercionośnymi przewodami u drzwi jego sypialni?

    Wyciągnął klucz do skrzynki, sięgnął do drzwiczek i poczuł na ramieniu dłoń Jago.

   - Może je wyjąć urzędnik.

   Ktoś próbuje go zabić, a Jago nie chciała, żeby Bren sam sięgał po pocztę do skrzynki.

   - To już skrajność - powiedział.

   - Mogą się też do niej posunąć twoi wrogowie.

   - Myślałem, że właściwym słowem jest tu "finezja". Wysadzić skrzynkę pocztową?

   - Albo włożyć do koperty igłę. - Wzięła od niego klucz i schowała go do kieszeni. - Poczta paidhiego, nadi - ji.

   Urzędnik na chwilę odszedł. I wrócił.

   - Nic - oznajmił.

   - Zawsze coś jest - rzekł Bren. - Wybacz mój upór, nadi, ale moja skrzynka nigdy nie jest pusta. Nie była pusta za mojej kadencji. Upewnij się, proszę.

   - Nie mogłem popełnić błędu, nard' paidhi. - Urzędnik rozłożył ręce. - Ja też nigdy nie widziałem, żeby ta skrzynka była pusta. Może jest jakieś święto.

   - Nie ostatnio.

   - Może ktoś już odebrał twoją korespondencję.

   - Nikogo nie upoważniałem.

   - Przykro mi, pand' paidhi. Po prostu nic nie ma.

   - Dziękuję. - Ukłonił się, bo nic już nie można było powiedzieć ani nigdzie indziej sprawdzić. - Dziękuję za uprzejmość. - Po czym zwrócił się cicho, ze zdumieniem i niepokojem do Jago: - Ktoś odebrał moją pocztę.

   - Pewnie Banichi.

   - To bardzo ładnie z jego strony, że się fatygował, Jago, ale sam potrafię odebrać korespondencję.

   - Może chciał ci zaoszczędzić kłopotu.

   Westchnął, potrząsnął głową i odszedł. Od chwili, kiedy znalazł się na korytarzu, Jago nie odstępowała go na krok.

   - Jak sądzisz, czy jest w swoim biurze?

   - Chyba go tam nie ma. Mówił coś o jakimś spotkaniu.

   - Zabrał moją pocztę na spotkanie?

   - Być może, nadi Bren.

   Może Banichi przyniesie mu ją do pokoju. Wtedy mógłby nad nią zasnąć w łóżku albo napisać listy, zanim zapomni ludzkiego języka. Jeśli mu się to nie uda, to może w telewizji będzie jakiś dramat machimi. Trochę zemsty, nieco humoru, lekka rozrywka.

   Do głównego dolnego korytarza dotarli przez tylne sale i poszli do jego pokoju. Użył swojego klucza - otworzył drzwi i zobaczył, że łóżko zostało przesunięte w drugi koniec pokoju. Na miejscu łóżka stał telewizor. Wszystko było ustawione odwrotnie.

   Przestąpił przez opuszczony przewód, mimo że nie miał być włączony. Jago też przeszła nad nim i bez pytania poszła do łazienki, po czym obeszła całą sypialnię z wykrywaczem pluskiew.

   Wziął do ręki pilota i włączył telewizor. Zmienił kanał. Kanał nadający wiadomości nie nadawał. Podobnie jak wszystkie kanały ogólne. Działał kanał pogodowy. I jeden rozrywkowy.

   - Połowa kanałów nie działa.

   Jago spojrzała na niego i schyliła się, badając skrzynkę, w której tkwił jeden koniec przewodu.

   - Może to ta burza zeszłej nocy.

   - Rano działały.

   - Nie wiem, nadi Bren. Może je naprawiają.

   Rzucił pilota na łóżko.

   - Mamy takie powiedzenie: to jeden z tych dni.

   - Co, jeden z tych dni?

   - Kiedy nic nie działa.

   - Dzień teraz czy dzień w przyszłości? - Jago leżała bokiem na podłodze. Atevskie czasowniki miały rozróżnienie czasu. Banichi mówił trochę mospheiranem. Jago była trochę bardziej związana językiem.

   - Nadi Jago. Czego szukasz?

   - Licznika wejść.

   - On liczy wejścia.

   - W bardzo szczególny sposób, nadi Bren. Jeśli to jest zawodowiec, to trzeba przypuszczać, że podejmie środki ostrożności.

   - To nie będzie żaden zawodowiec. Oni mają się zgłaszać. Prawda?

   - Ludzie mają się dobrze zachowywać. Czy zawsze tak robią? Musimy zakładać skrajny przypadek.

   Można by się spodziewać, że zabójcy aijiego będą dokładni. i że podejmą środki ostrożności, jakich nie podjąłby nikt inny po prostu dlatego, że znają wszelkie możliwości swego zawodu. Powiedział sobie w duchu, że powinien się cieszyć z ich opieki.

   Boże, miał nadzieję, że nikt się dzisiaj w nocy do niego nie włamie. Nie chciał się zbudzić i znaleźć na dywanie jakiegoś płonącego ciała.

   Nie chciał też, żeby ktoś go zastrzelił czy zadźgał nożem w łóżku. Ateva, którego nie wykryto po pierwszej próbie, mógł stchórzyć i zaniechać dalszych działań. Jeśli był zawodowcem, jego zleceniodawca mógł stchórzyć i go odwołać.

   Mógł.

   Nie można było na to liczyć. Nie można było ani trochę na to liczyć - w miarę upływu czasu można było jedynie trochę się uspokoić i mieć nadzieję, że drań nie czeka na lepszą okazję.

    - Zawodowiec zrobiłby wszystko jak należy - powiedział do Jago.

   - Niewielu gubimy z tych, których tropimy - odparła.

   - Padało.

   - Nie szkodzi.

   Żałował, że to powiedziała.






   Banichi wrócił w porze kolacji. Przyszedł z dwojgiem nowych służących oraz wózkiem z kolacją dla trojga. Algini i Tano, przedstawił ich Banichi. Algim i Tano ukłonili się z chłodem, który świadczył, że służą w wysokich salach, serdeczne dzięki, i przywykli do lepszych apartamentów.

   - Ufałem Taigiemu i Moniemu - mruknął Bren, kiedy służący zostawili wózek.

   - Algini i Tano mają upoważnienia - rzekł Banichi.

   - Upoważnienia. Czy odebrałeś moją pocztę? Ktoś zabrał moją pocztę.

   - Zostawiłem w biurze. Wybacz mi.

   Mógł poprosić Banichiego, żeby po nią wrócił. Mógł się przy tym uprzeć. Wtedy jednak wystygłaby kolacja - Banichi i Jago zaprosili się na kolację do jego apartamentu.

   Westchnął i przyniósł dodatkowe krzesło. Jago przyniosła drugie spod ściany. Banichi rozłożył stół i ustawił na nim dania, głównie mocno przyprawione gotowane owoce i dziczyznę z rezerwatu w Nanjiran. Atevi, a przynajmniej atevi Ragi, nie trzymali zwierząt rzeźnych. Mospheira handlowała z rejonami tropikalnymi, z mieszkającymi na południu Nisebi, kupując od nich przetworzone mięso, mięso zakonserwowane, którego nie trzeba było cienko krajać, żeby przeszło przez nie światło - który to handel Tabini nazywał haniebnym i który Bren z niechęcią obiecał ukrócić, ponieważ paidhi był zobowiązany do wywierania wpływu w obu kierunkach, chociaż bez prawa weta w sprawach obyczajów ludzi.

   Tak więc nawet na Mospheirze paidhi czyniłby nierozsądnie, jedząc coś poza dziczyzną, a i to w odpowiednim sezonie. Konserwowanie mięsa było czynnością handlową, a coś takiego związanego z odebranym zwierzęciu życiem, nie było kabiu, "w duchu dobrego przykładu". Dom aijiego musiał być kabiu. Bardzo kabiu.

   A przestrzeganie tej wyrafinowanej zasady stanowiło, na co zwrócił mu uwagę Tabini, czerpiąc szczególną satysfakcję z odwrócenia ról, ekologicznie pożyteczną praktykę. Paidhi oczywiście musi ją wspierać z takim samym entuzjazmem, jeśli pochodzi ona od atevich.

   Na rynku w mieście można było dostać pełen wybór mięsa. Mrożonego, konserwowego i suszonego na słońcu.

   - Nie jesteś głodny, nadi?

   - To nie jest moja ulubiona dziczyzna. - Tego wieczoru nie tryskał humorem. - Nikt nic nie wie. Nikt mi nic nie mówi. Doceniam troskę aijiego. I waszą. Czy jest jednak jakiś szczególny powód, dla którego nie mogę polecieć na kilka dni do domu?

   - Aiji...

   - Potrzebuje mnie. Nikt jednak nie wie, po co. Chyba nie wprowadziłabyś mnie w błąd, co, Jago?

    - To mój zawód, nadi Bren.

   - Kłamać mi.

   Przy stole zapadła niezręczna cisza. Ta bezpośredniość miała być gorzkim żartem. Wybrał jednak niewłaściwy moment, niewłaściwy nastrój, uderzając w ich szczere i prawdopodobnie nieudane próby znalezienia odpowiedzi. Spośród wszystkich ludzi właśnie on był wyszkolony, żeby nie popełniać takich błędów.

   - Wybaczcie mi - rzekł.

   - Jego kultura kłamie - wyjaśnił Banichi Jago. - Przyznanie jednak, że zrobiło się coś takiego, obraża ofiarę.

   Jago przybrała zdziwiony wyraz twarzy.

   - Wybaczcie mi - powtórzył Bren. - To był żart, nadi Jago.

   Jago wciąż była zaskoczona i zmarszczyła czoło, lecz bez gniewu.

   - Traktujemy tę groźbę bardzo poważnie.

   - Ja teraz też zaczynam.

   Gdzie jest moja poczta, Banichi? - pomyślał. Zamiast zapytać, zjadł łyżkę zupy. Zbytni pośpiech w odniesieniu do atevich w żadnym wypadku nie przynosił pożądanych rezultatów.

   - Jestem wdzięczny. Na pewno mieliście inne plany na dziś wieczór.

   - Nie - odparła Jago.

   - Mimo wszystko - powiedział, zastanawiając się, czy telewizja już nadaje jak dawniej i jakimi tematami będzie zabawiał Banichiego i Jago przez resztę wieczoru. Może na kanale rozrywkowym jest jakiś dramat. Wyglądało na to, że mogą zostać na noc.

   Zadał sobie pytanie, w czyim łóżku będą spali? Zupełnie nie było po nich widać skutków zeszłej nocy.

   - Gracie w karty?

   - W karty? - powtórzyła Jago, a Banichi odsunął swoje krzesło i powiedział, że ją nauczy.

   - Co to są karty? - powiedziała Jago, kiedy Bren chciał zapytać o swoją pocztę. Banichi najprawdopodobniej miał jednak na głowie o wiele ważniejsze sprawy, jak sprawdzenie ochrony i dopilnowanie, żeby działały urządzenia monitorujące.

   - To gra liczbowa - powiedział Bren, żałując, że Banichi zostawia go sam na sam z Jago; miał nadzieję, że nie na całą noc. "Kiedy wychodzisz?" nie było grzecznym pytaniem. Wciąż usiłował wymyślić, jak je zadać Banichiemu albo co powinien powiedzieć, gdyby Banichi powiedział, że Jago zostaje... kiedy Banichi wyszedł z pokoju ze słowami:

   - Uważaj na przewód, nadi Bren.






    - Remi - rzekła Jago.

   Bren westchnął i odłożył karty z zadowoleniem, że nie grali o pieniądze.

   - Wybacz - powiedziała Jago. - Powiedziałeś, że powinnam to powiedzieć. Niestosowne napawanie się zwycięstwem wcale nie było...

   - Nie, nie. Taki jest zwyczaj.

   - Ateva nie ma pewności. Czy mam być pewna?

    Zawstydził Jago. Był mishidi - niezręczny. Wyciągnął dłoń, co było gestem pojednania.

   - Masz być pewna. - Boże, człowiek nie mógł zrobić kroku, nie potykając się o ich wrażliwe punkty. - Właściwie uprzejmie jest powiedzieć, że się wygrało.

   - Nie liczysz kart?

   Pamięć atevich, szczególnie jeśli chodziło o liczby, była niezawodna. Nie miał tu znaczenia fakt, że Jago nie należała do fanatycznych rachmistrzów, jakich pełno było w otaczającym fortecę mieście. Nie, nie policzył dokładnie kart. Nigdy nie należy grać w gry liczbowe z atevimi.

   - Zapewne poszłoby mi lepiej, nadi Jago, gdyby nie rozpraszała mnie ta sytuacja. Obawiam się, że ma ona dla mnie trochę bardziej osobistą wagę.

   - Zapewniam cię, że postawiliśmy na twoje bezpieczeństwo naszą osobistą reputację. Nigdy nie pozwolilibyśmy sobie na niepełne zaangażowanie.

   Chciał oprzeć głowę na ręce i w ogóle zaprzestać rozmowy, ale to także Jago potraktowałaby jako dowód, że się obraził.

   - Nie spodziewałbym się niczego innego, nadi Jago, i wcale nie wątpię w wasze umiejętności. Żałuję jedynie, że nie jestem w pełni swoich władz umysłowych, bo inaczej nie przyniósłbym sobie wstydu, sprawiając wrażenie, że w was wątpię.

   - Bardzo mi przykro.

   - Będę o wiele bystrzejszy, kiedy się wyśpię. Połóż, proszę, moje pomyłki na karb dezorientacji.

   Płaska, czarna twarz Jago i jej pełne życia żółte oczy wyrażały więcej niż zwykle - nie urazę, pomyślał, lecz ciekawość.

   - Wyznaję, że nie czuję się swobodnie - powiedziała ze zmarszczonymi brwiami. - Twierdzisz, że w żadnym wypadku nie zostałeś obrażony.

    - Nie. - Rzadko dotykało się atevich, lecz jej zachowanie do tego zachęcało. Poklepał jej rękę leżącą na stole. - Rozumiem cię. - Chyba niezupełnie wyraził to, co chciał, i spojrzawszy jej w oczy, dorzucił swoje szczere myśli. - Chciałbym, żebyś mnie w tym zrozumiała. To ludzka myśl.

   - Czy potrafisz mi to wyjaśnić?

   Nie pytała Brena Camerona: nie znała Brena Camerona. Pytała paidhiego, tłumacza przy jej narodzie. Tylko tyle była w stanie zrobić, pomyślał Bren, jeśli chodzi o człowieka, do którego ochrony przydzielił ją aiji po zeszłonocnym incydencie - człowieka, który w jej oczach nie traktował zagrożenia wystarczająco poważnie ani nie traktował poważnie jej samej. I jak miała o nim cokolwiek wiedzieć? Jak się miała domyślić, skoro paidhi dawał jej dziwaczne wskazówki? "Wyjaśnisz mi to?" zapytała, kiedy wyraził na głos życzenie, żeby go zrozumiała.

    - Gdyby to było łatwe - powiedział, wytężając wszystkie władze umysłowe, żeby mówić z sensem, a może odwrócić bieg jej myśli - to paidhi wcale nie byłby potrzebny. Ja wtedy jednak nie byłbym człowiekiem, a ty nie byłabyś atevą i nikt by mnie nie potrzebował, prawda?

   To wcale niczego nie wyjaśniało. Próbował tylko zbagatelizować nieporozumienie. Jago na pewno tyle potrafiła zrozumieć. Martwiła się tym i myślała o tym. Widział to w jej oczach.

   - Dokąd poszedł Banichi? - zapytał, czując, że to, co się między nimi dzieje, coraz bardziej wymyka się spod jego kontroli. - Czy zamierza tu wrócić na noc?

   - Nie wiem - odparła, wciąż zmarszczona. Wtedy stwierdził, pogrążony w zamęcie zmęczonych i coraz bardziej chaotycznych myśli, że nawet to mogło zabrzmieć, jakby wolał od niej Banichiego.

   Bo wolał. Powodem nie był jednak jakikolwiek brak kompetencji z jej strony. Rozmowa ze sprzedawcą nie ufającym komputerom to co innego. Nie kleiła się rozmowa z Jago. Nie potrafił zapomnieć o uwadze Banichiego, że podobają jej się jego włosy. Postanowił zmienić temat.

   - Chcę moją pocztę.

   - Mogę go wywołać i poprosić, żeby ją tu przyniósł.

   Zapomniał o komunikatorze kieszonkowym.

   - Będę wdzięczny - powiedział i Jago spróbowała uzyskać połączenie.

   Próbowała kilka razy.

   - Nie mogę go złapać.

   - Czy nic mu się nie stało? - Sprawa poczty zeszła na dalszy plan, lecz Bren obawiał się, że nie straciła swego znaczenia. Działo się zbyt wiele dziwnych rzeczy.

   - Na pewno nie. - Jago zebrała karty. - Chcesz zagrać jeszcze raz?

   - A co będzie, jeśli ktoś się tu włamie i będziesz potrzebowała pomocy? Jak myślisz, gdzie on jest?

   Szerokie nozdrza Jago rozchyliły się.

   - Mam pewne środki, nadi Bren.

   Nie potrafił przestać jej obrażać.

   - A jeśli on będzie miał kłopoty? Jeśli zastawią na niego pułapkę w korytarzach? Możemy nic o tym nie wiedzieć.

   - Bardzo się dziś martwisz.

   Owszem. Tonął w tym, co atevskie, a ta niemożność zrozumienia wywołała u niego w nagłej chwili paniki wątpliwości co do jego własnej przydatności na tym stanowisku. Zaczął się zastanawiać, czy brak przenikliwości, jakim się wykazał przy Jago, nie ma o wiele bardziej ogólnego charakteru - czy w przypadku pewnej osoby nie doprowadził do zagrożenia, w jakim teraz się znalazł.

   A z drugiej strony pomyślał, czy nie dał się zwieść nadgorliwości swoich strażników, wywołanej pewnym zagrożeniem zagrożenia, które już nigdy więcej się nie pojawi.

   - Czym się tak martwisz, paidhi?

   Zamrugał i przypadkiem spojrzał w żółte, nieruchome oczy Jago. Nie wiesz? pomyślał. Czy to pytanie to jakieś wyzwanie? Czy świadczy o twojej nieufności? Po co pytasz?

   Nie całkiem jednak potrafił powiedzieć "zaufanie" w języku Jago, a przynajmniej w takim znaczeniu, jakie ten termin miał wśród ludzi. Każdy dom, każda prowincja należała do dziesiątków patronatów oplatających swymi sieciami cały kraj, którego prowincje nadgraniczne łączyły się w patronaty ponad domniemanymi granicami z patronatami sąsiednimi, tworząc nie kończącą się, mętną plątaninę granic, które nie były granicami zarówno pod względem geograficznym, jak i wspólnoty interesów. Czy można tu powiedzieć "zaufanie"? Raczej man'chi - "główny patronat", jedyny patronat określający daną osobę.

   - Man'china aijiia nai'am - powiedział, na co Jago zamrugała oczyma po raz trzeci. "Przede wszystkim moim patronem jest aiji". - Nai'danei man'chini somai Banichi? - "Kto jest przede wszystkim patronem twoim i Banichiego?".

    - Tabini - aijiia, hei. - Ale atevi mogli kłamać wszystkim oprócz swego głównego patrona.

   - A nie jesteście wzajemnie swoimi patronami? - zapytał. Sądziłem, że jesteście sobie z Banichim bardzo bliscy.

   - Mamy to samo man'chi.

   - A względem siebie?

   Zobaczył, jak przez jej twarz przemknęło coś, co mogło być prawdą, po czym nastąpiło nieuniknione zmarszczenie brwi.

   - Paidhi zna szkody, jakie może wyrządzić takie pytanie rzekła Jago.

   - Paidhi - aiji - odparł - wie, o co pyta. Uważa, że to jego obowiązek, nadi.

   Jago wstała od stołu, przeszła przez pokój i przez chwilę nic nie mówiła. Wyjrzała przez drzwi ogrodowe, stojąc obok uzbrojonego przewodu - denerwował się, ale pomyślał, że nie powinien jej ostrzec, a tylko być gotowym, żeby jej o tym przypomnieć. Jago i tak była drażliwa. Właściwie jej nie obraził, ale pytał o niezwykle osobiste sprawy.

   Sugerowała, że Tłumacz powinien być świadom, że nie otrzyma szczerej odpowiedzi, na co on odparł, wyraźnie przemawiając do jej słuchu wrażliwego na wszelkie polityczne niuanse, że Tłumacz służy aijiemu, pytając o prawdziwą hierarchię jej prywatnych związków.

   W wolnym tłumaczeniu: "Gdybyś miała kogoś zdradzić, aijiego albo Banichiego, to którego z nich byś zdradziła, Jago?".

   Którego z nich zdradziłaś?

   Czy jest głupcem, zadając takie pytanie, skoro jest z nią w pokoju sam na sam?

   Jeśli jednak o to chodzi, to jest sam w całym kraju, jest jedynym człowiekiem wśród trzystu milionów atevich, a nawet kilku miliardów atevich żyjących na tym świecie, i jego obowiązkiem jest zadawanie pytań - owszem, z większą dozą inteligencji i sprytu, niż właśnie wykazał, ale jest na tyle zmęczony i zdezorientowany, że chce mieć pewność przynajmniej co do ich trojga, Tabiniego, Banichiego i Jago, zanim ruszy dalej brukowaną i przyjemną drogą wiary. Mógł wyrządzić swemu gatunkowi zbyt wiele szkód, wierząc w kłamstwo, za daleko idąc fałszywą ścieżką, przypisując zbyt wiele prawdy niewłaściwym osobom...

   Bo nie był tylko tłumaczem aijiego. Miał swój główny patronat, przerastający rangą wszystko inne, patronat wypisany na jego skórze i twarzy - patronat, który atevi widzieli za każdym razem, kiedy na niego patrzyli.

   Czekał, aż Jago przemyśli jego pytanie, a może nawet zada sobie pytanie o własną lojalność, o co atevi woleliby nie pytać. Może w umysłach atevich, podobnie jak u ludzi, były setki sprzecznych ze sobą przedziałów, których nikt nie ośmielał się szeroko otwierać i zaglądać do środka. Nie wiedział. Być może pytał o zbyt wiele, być może pytanie było zbyt osobiste i zbyt niebezpieczne. Może pytanie o lojalność atevich jako grupy samo w sobie podawało w wątpliwość jakiś dogmat - i może ich koncepcja man'chi była u samej podstawy równie fałszywa, jak zawsze chcieli tego ludzie, pragnąc, na poziomie emocji, żeby atevi traktowali pojedyncze wartości interpersonalne tak jak oni.

   Paidhi w to nie wierzył. Paidhiemu nie wolno wierzyć w tę najgroźniejszą i najbardziej niebezpieczną z iluzji. Był rozdygotany.

   I, być może, widząc, że paidhi jest rozdygotany, Jago nie chciała mu odpowiedzieć. Znów posłużyła się kieszonkowym komunikatorem, pytając Banichiego, czy ją słyszy, wciąż jednak nie patrzyła na Brena.

   Banichi wciąż nie odpowiadał.

   Wtedy, zmarszczywszy się, może z jakiegoś innego powodu, Jago wywołała centralę i zapytała, gdzie jest Banichi lub czy ktokolwiek to wie - lecz nie, centrala nie wiedziała.

   Bren pomyślał, że może Banichi jest z jakąś kobietą, chociaż postanowił, że zachowa to dla siebie, domyślając się, że jeśli w ogóle jest to prawdopodobne, to Jago sama do tego dojdzie. Nie był pewien, czy Banichi i Jago sypiają ze sobą. Nigdy nie miał całkowitej pewności co do panujących między nimi stosunków, poza zażyłym, długoletnim zawodowym partnerstwem.

   Zobaczył, że Jago marszczy się jeszcze bardziej.

   - Niech ktoś się dowie, gdzie jest - powiedziała do komunikatom.

   Istniały kody słowne; wiedział o tym i nie potrafił powiedzieć, czy podsłuchana przez niego odpowiedź jest jednym z nich. Centrala odparła: "Praca laboratoryjna", ale Jago chyba się to nie spodobało.

   - Powiedzcie mu, żeby się ze mną skontaktował, jak skończy - poleciła Jago, sprawiając wrażenie niezadowolonej, i po otrzymaniu potwierdzenia przerwała łączność.

   - Nie spałeś zeszłej nocy - powiedziała swoim delikatniejszym, zawodowym tonem i, przestąpiwszy przewód, rozsunęła drzwi ogrodowe. - Proszę cię, odpocznij, nadi Bren.

   Był wyczerpany. I wolałby otrzymać jasne odpowiedzi. Wcale też nie był pewien, czy chce, żeby drzwi do ogrodu były otwarte. Może to oni zastawiają pułapkę. Nie miał dzisiaj nastroju do bycia śpiącą przynętą.

   - Nadi - powiedział - czy zapomniałaś o moich pytaniach?

   - Nie, paidhi - ji.

   - Ale nie zamierzasz na nie odpowiedzieć.

   Jago utkwiła w nim żółte, świetliste spojrzenie.

   - Czy na Mospheirze zadaje się takie pytania?

   - Zawsze.

   - Nie wśród nas - odparła Jago i przeszła przez pokój do drzwi.

   - Jago, powiedz, że się nie gniewasz.

   Znów to spojrzenie. Zatrzymała się tuż przed śmiercionośnym kwadratem na dywanie, wyłączyła go i odwróciła się do Brena.

   - Po co zadawać takie zbędne pytanie? Nie uwierzyłbyś w żadną z odpowiedzi.

   Zaskoczyło go to. I spowodowało, że jego reakcja była z rozmysłem obca.

   - Ale ja jestem człowiekiem, nadi.

   - A więc twoje man'chi nie jest związane z Tabinim.

   Niebezpieczne pytanie. Zabójcze pytanie.

   - Oczywiście, że tak. Ale co by było, gdybyś miała dwa... dwa bardzo silne man'chiin?

   - Nazywamy to próbą charakteru. - Przy tych słowach Jago otworzyła drzwi.

   - My też, nadi Jago.

   Przyciągnął jej uwagę. Czama, rosła, potężna, stała na tle pasa jaśniejszego światła padającego z korytarza. Stała, jakby chciała coś powiedzieć.

   Zapiszczał komunikator, domagając się jej uwagi. Zapytała centralę, gdzie jest Banichi. Okazało się, że wyszedł z laboratorium, ale jest na jakiejś naradzie i prosi, żeby mu nie przeszkadzać.

   - Dziękuję - powiedziała do mikrofonu. - Przekażcie moją wiadomość. - A do Brena: - Oba przewody będą włączone. Połóż się do łóżka, nadi Bren. Gdybyś mnie potrzebował, będę na zewnątrz.

   - Całą noc?

   Przez chwilę milczała.

   - Nie wychodź do ogrodu, nard' paidhi. Nie stawaj przed drzwiami. Bądź ostrożny i idź spać.

   Zamknęła za sobą drzwi. Przewód ponownie się uzbroił chyba. Kiedy drzwi się zatrzasnęły, uniósł się.

   Czy to wszystko było potrzebne - Jago i w dodatku przewód - żeby mógł spać spokojnie?

   I gdzie był Banichi, i co miała znaczyć ta wymiana pytań, ta rozmowa o lojalności? Nie pamiętał, kto ją zaczął.






   Jago mogła sobie darować tę sprzeczkę na krawędzi snu, kiedy bardzo potrzebował spokojnego umysłu - ale teraz nie był nawet pewien, kto zaczął, kto drążył sprawę i w jakim celu. Nie poszło mu dobrze. Cały wieczór z Banichim, a potem z Jago był jakiś napięty, jakby...

   Cofając się w myślach, doszedł do wniosku, że Jago cały czas równie zawzięcie, jak on, chciała się czegoś dowiedzieć - wykorzystując każdą okazję, naciskając go, przeciwstawiając się mu lub w każdej chwili będąc gotowa się obrazić czy zobaczyć sytuację w jak najgorszym świetle. Mogła to być wina niedoświadczenia Jago w kontaktach z nim - stykał się głównie z Banichim i na nim polegał jako na tłumaczu. Nie potrafił jednak sobie wyjaśnić, dlaczego Banichi go tego wieczoru opuścił - poza oczywistym uzasadnieniem, że Banichi, jako zwierzchnik Jago, miał na głowie sprawy, które dla aijiego były ważniejsze niż paidhi.

   O ile potrafił stwierdzić, to żadne z nich, ani on, ani Jago, nie zdobyło całkowitej przewagi, nie dowiedziało się niczego pożytecznego, poza kolejnym przypomnieniem, jak głębokie dzielą ich różnice i jak wciąż niebezpieczny może się w jednej chwili okazać punkt styczności atevich z ludźmi.

   Nie potrafił nawet przekazać swoich racji wykształconej i pozbawionej przesądów kobiecie, mającej wszelkie powody, by go wysłuchać. Jak więc mógł cokolwiek zasugerować różnym radom przez wcześniej przygotowane wystąpienia, zrobić jakiekolwiek postępy wśród szerokich rzesz atevich, którzy po dwóch wiekach pokoju zgodzili się, że najlepszą rzeczą dla ludzi jest pozostanie na Mospheirze i niechętnie przyznali, że komputery mogą zawierać liczby, podobnie jak stoły mogą mieć określone rozmiary, a przedmioty określoną wysokość, ale, Boże jedyny, nawet ustawienie mebli w pokoju oznaczało rozważanie stosunków i wymiarów oraz pomyślnych i niepomyślnych kombinacji, nazywanych przez atevich agingi'ai, "pomyślną harmonią liczbową".

   Według atevich stąd wypływa piękno. To, co niepomyślne, nie może być piękne. Z niepomyślnym nie da się dyskutować. Właściwe liczby muszą się ładnie dodawać, a parzysty podział kwiatów w prostym bukiecie oznaczał wrogość.

   Bóg jeden wie, co przekazał Jago z tego, czego nie miał zamiaru powiedzieć.

   Rozebrał się, zgasił światło i zerknął z niepokojem na firanki, które skrywały wszelki ślad śmiercionośnego przewodu, ale nie dostrzegł żadnego cienia czającego się zabójcy. Położył się do łóżka - stojącego w niewłaściwym miejscu - gdzie nie dochodziły bezpośrednie powiewy wiatru od rzeźbionej kraty.

   Nie zaśnie, dopóki nie zmieni się kierunek wiatru. Mógłby oglądać telewizję. Jeśli działa. Wątpił w to. Przerwy zwykle trwały do końca zmiany, na której się przytrafiły. Obserwował firankę, próbował myśleć o sprawie przedstawionej na radzie... lecz wciąż wracał myślami do sali audiencyjnej, do Tabiniego, który ogłosił tę cholerną waśń, czego Bren wcale sobie nie życzył, a już na pewno nie publicznie.

   I ten cholerny pistolet - czy przesuwając łóżko też go przenieśli?

   Nie mógł znieść niepewności, czy ktoś go znalazł. Wstał i pomacał pod materacem.

   Pistolet był na miejscu. Bren powoli wypuścił z płuc powietrze, wsparł się kolanem o materac i z powrotem wsunął się do pościeli, by wpatrywać się w pociemniały sufit.

   Spędził wiele czasu przed świtem, wątpiąc w to, co wiedział. Mimo że pod pewnymi względami był z Tabinim bardzo blisko, wątpił, czy dzięki niemu tamten zrozumiał cokolwiek, czego nie nauczył się od jego poprzedników na tym stanowisku. Bren przykładał się do badań językowych. Rozprawę, która postawiła go na ścieżce prowadzącej do biura paidhiego, napisał bardzo rzetelnie: była to analiza liczby mnogiej rzeczowników zbiorowych w dialekcie atevich Ragi. Bardzo się nią szczycił, choć nie była to żadna przełomowa praca, a jedynie opracowanie wniosków, które jednak od tego czasu wciąż uzupełniał dzięki cierpliwej i areligijnej analizie Tabiniego.

   Czasami jednak nie rozumiał ani Tabiniego, ani Taigiego i Moniego. Bóg jeden wie, czego będzie w stanie dociec o tych ponurych służących podrzuconych mu przez Banichiego i Jago, ale to będzie kolejny długotrwały wysiłek. Znalazł się w cholernych kłopotach, których sam sobie narobił - nie chwytał niuansów, zaplątał się w coś, czego nie rozumiał. Groziło mu zawalenie sprawy. Kiedyś sobie wyobrażał, że ma talent do zrobienia tego, co zrobił pierwszy paidhi: do zasypania przepaści językowej, poczynając od pojęciowego zera, i to w samym środku wojny...

   W latach, kiedy ludzie przybyli tu po raz pierwszy, początkowo nieliczni, potem w coraz większych grupach, ponieważ wszystko wydawało się takie łatwe... Byli również przekonani, że rozumieją atevich - kiedy pewnego wiosennego dnia, w dwadzieścia jeden lat po wylądowaniu, gdy ludzie podejmowali pokojowe wyprawy na kontynent, złudzenie to - nagle i z powodów, o które kandydaci na jego stanowisko wciąż się między sobą sprzeczali - prysło niczym bańka mydlana.

   Wojna, którą atevi nazwali Wojną Lądowania, była krótka i okrutna - cała zaawansowana technika po stronie ludzi oraz olbrzymia liczebność i niesamowita zawziętość atevich, którzy w ciągu tego jednego roku wyparli ludzi z wybrzeża Ragi z powrotem na Mospheirę, atakując ich nawet w dolinie, którą oszołomione niedobitki uznały za swój bezpieczny teren. Ludzkość na tym świecie została prawie doszczętnie wytępiona, lecz podczas spotkania twarzą w twarz z człowiekiem, który miał zostać pierwszym paidhim, czwarty poprzednik Tabiniego zrzekł się Mospheiry i pozwolił ludziom całkowicie odizolować się od atevich. Na wyspie mieli być bezpieczni i niegroźni.

   Mospheira i zawieszenie broni w zamian za technikę dla atevich. Czwarty poprzednik Tabiniego nie był głupcem i zobaczył stojący przed nim wyraźny wybór: albo dogada się z ludźmi i stanie się dla nich nieodzowny, albo jego sprzymierzeńcy będą na jego ziemiach walczyć o technikę, na której mieli nadzieję położyć rękę szukający nad nim przewagi rywale, zabijając ostatnich ludzi i w ten sposób niszcząc źródło wiedzy.

   Stąd wziął się Traktat, oznaczający stworzenie stanowiska paidhiego oraz uporządkowane przekazywanie ludzkiej techniki Patronatowi Zachodniemu w tempie - ani przodek Tabiniego, ani pierwszy paidhi nie byli głupcami - które pozwoli utrzymać atevską gospodarkę i względną władzę aijiin różnych Patronatów w istniejącej równowadze.

   Co oznaczało, że wszyscy rywale, ludzie i technika znalazły się bezpiecznie w rękach poprzednika Tabiniego. Wojna skończyła się. Atevi z Mospheiry osiedlili się na przybrzeżnych ziemiach należących do aijiego Ragi, o wiele żyźniejszych od ich własnych pól. Oznaczało to dla aijiego Ragi olbrzymią ofiarę, lecz było przemądrym posunięciem, zapewniającym pokój - oraz spełnienie wszelkich żądań atevich z Mospheiry i atevich Ragi.

   Ludzie nie znaleźli się pod tym słońcem z własnego wyboru. Do dziś dnia (była to stała, przemilczana prawda) ludzie nie utrzymywali kontaktów z atevimi ani z własnego wyboru, ani dla korzyści. Ludzie przegrali Wojnę: było ich niewielu, znaleźli się w izolacji, ich stacja wkrótce zaczęła podupadać, ich liczebność zmniejszała się na górze i na dole... Zstąpienie na planetę stanowiło dla nich ostateczne, rozpaczliwe wyjście.

   Nie byli w stanie ukryć swojej inności ani zaufać gatunkowi, który nie potrafił przetłumaczyć słowa "przyjaźń", nie byli w stanie przyznać, co naprawdę chcieli uzyskać dzięki umowie, ponieważ atevi zasadniczo nie - ach, to obce słowo - ufali ludziom na tyle głupim, żeby wylądować bez pozwolenia i mającym tajemnice, których jeszcze nie zdradzili.

   Paidhi nie mówił wszystkiego, co wie - był jednak zobowiązany przez traktat do powolnego oddawania wszystkiego, czym dysponowali ludzie, by w ten sposób opłacić dzierżawę Mospheiry oraz umożliwić jedynemu przyjaznemu ludziom rządowi na planecie trzymanie w ryzach najzagorzalszych ich wrogów. Ówczesny aiji żądał dalekonośnych dział - atevi mieli strzelby ładowane przez lufę oraz nieporęczne armaty, toteż kule wystrzeliwane z wielką prędkością polubili - cóż za okropne wyrażenie - z całego serca.

   Dokonując cudów elokwencji, których nie przebił już potem żaden paidhi, naciskany przez aijiego o dane techniczne, które oddałyby do dyspozycji atevich Ragi przerażający arsenał, Bretano zauważył, że taka broń z pewnością dotarłaby i do przeciwników Ragi, oraz że Ragi i tak są silniejsi. Czy chcą zakłócić równowagę?

   Naciskany o zaawansowaną technologię przemysłową, Bretano zaprotestował przeciwko kosztom ekologicznym, jakie musiałaby ponieść planeta, i cała stojąca za nim komisja oraz jego następcy zaczęli powolne, systematyczne uczulanie nauki atevich na sprawy ekologii.

   A także ukierunkowywanie jej na produkcję materiałów przydatnych ludziom.

   Pierwsza taktyka, taktyka filozofii ekologicznej, dążyła do wyeliminowania wojny z atevskiej mentalności, nakłaniała atevich do budowy eksperymentalnych rakiet zamiast pocisków, kolei zamiast dział, do zastanowienia się, co stanie się w dolnym biegu rzeki, jeżeli w górnym odcinku wrzuci się do niej śmieci, do rozważenia skutków zanieczyszczenia lasów toksycznymi wyziewami czy przenikania trujących chemikaliów do wód gruntowych. Dzięki Bogu, atevim pomysł się spodobał, ponieważ dotykał on jakiegoś aspektu kulturowego już istniejącego w mentalności Ragi. Zadomowił się on w kolejnych pokoleniach tak mocno, że w obecnym półwieczu dzieci uczyły się wierszyków o czystych rzekach, podczas gdy taktycy na Mospheirze bezpieczni na Mospheirze, w przeciwieństwie do paidhiego naradzali się, jaki przemysł mogą odważyć się poprzeć i co atevi powinni rozwijać, by ludzie w końcu otrzymali potrzebną im wyrzutnię oraz statek.

   Oto niepisany, dwustuletni program, który znał każdy człowiek i który śmiertelnie przerażał paidhiego. Bo nawet jeśli atevi domyślili się już, że stworzenie programu kosmicznego oznacza produkcję materiałów równie przydatnych ludziom, jak im samym, nawet jeśli biorąc udział w posiedzeniach komisji kosmicznej podejrzewał, że każdy ateva na sali wie, że to, co wytworzyli, ma taki właśnie potencjał, to była to sprawa, której nigdy nie podnosił, nie przy nich ani przy atevich, których znał najlepiej. Był to jeden z tych nieprzebytych gąszczy atevskiej mentalności: jak przyjmą tę wiedzę, kiedy już jej nie będzie można ignorować. Nie miał najmniejszego pojęcia, jak zostałoby to przyjęte poza dworem Tabiniego, w całym kraju - gdzie w popularnych powieściach wciąż ludzie występowali w rolach złoczyńców, a w dramatach machimi pojawiali się w cieniu, w nebai - ponieważ nie było aktorów - ludzi...

   Ludzie byli potworami w szacie, monstrami pod łóżkiem w kulturze, gdzie wszyscy nieustannie mieli się na baczności przed prawdziwym zagrożeniem ze strony prawdziwych zabójców, w kulturze, gdzie dzieci uczyły się z telewizji paranoicznego strachu przed obcymi.

   Co tak naprawdę ludzie knują na Mospheirze? Jakie mroczne techniczne tajemnice Tabini - aiji zachowuje dla siebie? Co to jest ta telemetria, łącząca stację w kosmosie z wyspą odległą od brzegów Tabiniego o godzinę lotu?

   I dlaczego jakiś szaleniec chciał zabić paidhiego?

   Jutro ma posiedzenie komisji kosmicznej - nic kontrowersyjnego, krótki referat zawierający informacje techniczne, o który poprosiła komisja i który przetłumaczył z oryginału w bibliotece na Mospheirze.

   Nie było w tym nic kontrowersyjnego. Ani w zbliżającym się wystrzeleniu satelity. Komunikacja nie była kontrowersyjna. Przepowiadanie pogody też nie.

   Istniała co prawda kwestia finansowa: trzeba było dodać czy też odjąć z przydzielonej kwoty milion, żeby budżet automatycznego satelity zsumował się w pomyślną liczbę - lecz w zestawieniu z już wydanymi sześcioma miliardami milion nie wydawał się sprawą kluczową ani jątrzącą, sprawą, z powodu której w jego sypialni mogłoby się zaroić od zabójców.

   Istniała, czasami rozpalająca się, delikatna debata na temat lotów załogowych i bezzałogowych - czy atevi powinni spróbować odzyskać ludzką stację kosmiczną, która była w coraz gorszym stanie, miała puste zbiorniki i powoli schodziła ze stałej orbity.

   Ludzka polityka nie zmierzała do straszenia kogokolwiek przez roztrząsanie bardzo odległej możliwości upadku stacji na zamieszkały obszar. Oficjalnie, statystycznie, fragmenty stacji miały spaść na otwarte oceany za jakieś pięćset lat i jedną więcej czy mniej burzę słoneczną - Bren nie mógł osobiście niczego zagwarantować, ponieważ nie był mocny z astrofizyki, ale specjaliści kazali mu tak mówić, więc mówił.

   Przedstawił swój skromny referat, na temat celów misji, podczas inauguracyjnego spotkania z komisją kosmiczną, prezentując bynajmniej nie zaskakujące stanowisko, że wynoszenie metalu na orbitę jest kosztowne, że pozwolenie na spalenie się tego, co już znajduje się na orbicie, nie jest ekonomiczne, oraz że zanim utopią duże środki w misjach bezzałogowych, powinni coś zrobić z wymarłą, opuszczoną stacją.

   Zwolennicy lotów załogowych oczywiście natychmiast się z tym entuzjastycznie zgodzili. Astronomowie i pewne kręgi antyludzkie zawzięcie zaprotestowały. Zepchnęło to całą kwestię na plan dalszy, bo członkowie komisji radzili się numerologów w sprawach tak istotnych, jak (było to ostatnio najbardziej palące pytanie): czy daty startu są pomyślne czy nie, oraz ustalenie ilu terminów rezerwowych jest pomyślne - co rozwinęło się w kolejną debatę między kilkoma konkurującymi ze sobą (oraz mających znaczenie etniczne) szkołami numerologii nad tym, czy w obliczeniach powinno się uwzględnić obecną datę czy też może powinno się liczyć datę powstania całego programu, tego konkretnego projektu, a może datę powstania hannonogramu startu.

   Nie mówiąc już o dyskusji, czy kołnierz komory spalania w silniku dużego udźwigu może być podzielony na cztery części bez wpływu na starannie dobrane, zharmonizowane liczby w projekcie zbiornika paliwa.

   Rzeczywiście niebezpieczne kwestie, jakie potrafił sobie przypomnieć, leżąc tak na plecach w oczekiwaniu na zabójców, były co do jednej kwestiami niepozornymi - a wykorzystanie stacji jako celu atevskiej misji kosmicznej stanowiło jedyny kontrowersyjny punkt, który zaczął zdecydowanie popierać, gdy dodał do głosów komisji głosy innych zwolenników, choć niektórzy z nich nie byli tak rozsądni.

   Poza tym, w każdej debacie na tematy kosmiczne należy uwzględniać nieustanny, trwający od dwustu lat przepływ instrukcji między Mospheirą i stacją.

   Pewne elementy radykalne wśród atevich utrzymywały, że na opuszczonej stacji jest ukryta broń. Zagorzali szaleńcy z fanatycznego marginesu byli przekonani, że powolne spadanie stacji to nie przypadek spowodowany prawami fizyki, lecz starannie wyliczone podejście, którym kierują być może ludzie pozostawieni w tajemnicy na stacji lub instrukcje przekazywane w tajemnicy z Mospheiry, skoro już wiedzieli o sterowaniu komputerowym, i że zakończy się to upadkiem stacji po ognistym torze przecinającym niebo, "wprowadzającym w eter dysharmonię i gwałt", oraz powstaniem huraganów i olbrzymich fal, a porażona ogniem z jej broni cywilizacja atevich nigdy już nie wyzwoli się spod ludzkiej dominacji.

   Wybacz im, mawiał krótko Tabini. Oni spodziewają się także, że księżyc ma wpływ na ich przedsięwzięcia finansowe, a starty statków kosmicznych zakłócają pogodę.

   Obcy aijun spoza Patronatu Tabiniego nawet utworzyli w Shejidan biura, których zadaniem była analiza przekazów telemetrycznych przechwyconych przez Shejidan - numerolodzy utrudnieni przez tych obcych aijiin podejrzewali tajne przydziały niepomyślnych szyfrów, mających wpływ na pogodę, rolnictwo albo losy rywali Tabiniego... Takich przekonań człowiek arii ateva nie śmiał nazywać głupimi.

   Właściwie Tabini tak je właśnie nazywał w obecności zaufanych osób, lecz publicznie był bardzo kabiu, bardzo poprawny, i zatrudniał całe zastępy rachmistrzów i geometrów różnych wyznań, by z taką samą powagą studiowali każdą wypowiedź i każdy fragment przechwyconej transmisji - oczywiście, żeby dać odpór zarzutom konserwatystów.

   Od czasu do czasu - było to warte uśmiechu, nawet po ciemku - Tabini przychodził do paidhiego z prośbą o przekazanie tego czy owego. Wtedy Bren dzwonił na Mospheirę i podawał fragment szyfru, który po przesłaniu na stację, jak zapewniali go technicy, nie miał dla komputerów najmniejszego sensu. Umieszczali go po prostu w jakimś pliku Uwag i posyłali wyłącznie po to, by został przechwycony - i tyle, jak mawiała Barb. Wtedy w transmisjach pojawiały się liczby, które rozbijały teorię tego czy owego wieszcza zagłady, zanim mógł ją ogłosić publicznie.

   Oto ich pożałowania godny program kosmiczny. I to nie było warte uśmiechu. Tak wyglądał każdy popierany przez nich program. Tak działała komisja, hasdrawad, tashrid oraz wyspecjalizowane grupy nacisku kryjące się w cieniu - a w ich ramach grupy radykalne, grupy nazywające Traktat Mospheirski błędem. Grupy wzywające do tego, czego istnienie w formie szeroko zakrojonych planów podejrzewali najbardziej radykalnie nastawieni ludzie - Bóg jeden wie, że tacy istnieli - a co Tabini lekceważył jako głupotę. Na przykład do kolejnego ataku na Mospheirę.

   Ludzie być może nie mieli złudzeń co do serdecznego przyjęcia na tym świecie - ale z pewnością istniały zagrożenia poważne oraz niepoważne. Jedno z poważnych zagrożeń stanowili przeciwnicy ludzi, którzy uważali debatę nad drogami za ludzki spisek, mający na celu utrzymanie gospodarki w sferze wpływów Tabiniego - co o wiele za bardzo zbliżało się do prawdy, której ujawnienia nie życzył sobie ani paidhi, ani aiji.

   Istniał, dzięki Bogu, margines wyznawców teorii promieni księżycowych, którego przedstawiciele niezbyt dobrze orientowali się w historii, prawach fizyki i w ogóle w rzeczywistości. Wybrali sobie progi kosmiczny (pewnie dlatego, że wiązał się z najwyższą i najmniej wyobrażalną techniką) jako kulminację wszelkich katastrofalnych teorii, poczynając od głoszącej, że starty rakiet powodują wyciek atmosfery do eteru, po ulubioną teorię Bren, że stacja kosmiczna będzie krążyć na poziomie gruntu, powodując huragany i zalewając miasta promieniami śmierci. Atevi mogli się z tego śmiać. Ludzie też. Kpiny z najbzdurniejszych sposobów wzbudzania nienawiści wszystkim dobrze robiły i stanowiły wentyl bezpieczeństwa dla zbyt zaognionych tematów.

   W gruncie rzeczy, ten margines zrobił więcej dobrego dla sprawy ludzko - atevskiego zrozumienia niż wszystkie wystąpienia Brena przed komisjami.

   Jeśli jednak szukało się źródła, z którego mógł się wywodzić stuknięty zabójca bez licencji, to możliwe, że jedno z ugrupowań marginesu całkowicie, kompletnie zwariowało.

   Może pewnego pięknego dnia liczby powiedziały jednemu z tych czubków, że jeśli zabije paidhiego, to atmosfera przestanie wyciekać.

   Jak dotąd, Tabini i poprzednicy Brena przynajmniej dobrze żonglowali. Dzielili się techniką w tempie, które nie szkodziło gospodarce ani środowisku, nie włączali do procesu decyzyjnego różnic etnicznych między atevimi ani opinii politycznych dzielących ludzi - a atevi Ragi oraz Patronat Zachodni, któremu przewodzili, odnosili kolosalne i szybkie korzyści z powodu bliskiego sąsiedztwa z Mospheirą oraz szczególnych stosunków z wyspą. Oczywiście zdawali sobie sprawę z gospodarczej wartości tych stosunków. Tabini prawdopodobnie już od lat doskonale się orientował, dokąd go prowadzą ludzkie rady i ludzka technika.

   Patronat Tabiniego cieszył się też najwyższą jakością życia w świecie i bardzo był przywiązany do swoich wygód i telewizji. Poza tym samoloty Ragi już nie zderzały się z mostami.

   Najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem, które wciąż wypływało na powierzchnię, było to, że ktoś poluje na Tabiniego. W teorii tej było nawet miejsce na paidhiego, bo osoba dybiąca na aijiego wiedziała, jakim trudnym jest on celem i zadowoliłaby się zlikwidowaniem jego łącznika z ludźmi, utrudniając mu w ten sposób na jeden sezon kontakty z nimi.

   Nowy paidhi - okres destabilizacji, podczas którego żaden paidhi nie jest bezpieczny. Ktoś mógłby nawet dążyć do renegocjacji Traktatu Mospheirskiego, by rozszerzyć płynące z niego korzyści na inne patronaty. Wysuwano już takie propozycje, lecz Patronat Zachodni stanowczo je odrzucił.

   W tej sytuacji paidhi - aiji mógł stać się punktem zapalnym. Dogadywał się z Tabinim. Lubił Tabiniego. Tabini oczywiście nie odwzajemniał mu się sympatią - był atevą. Lecz Tabini i paidhi może zbyt często pozwalali sobie na brak powagi i dobry nastrój i niektórzy mogli czegoś się w tym dopatrywać, jak w tej historii z wyjazdem dó posiadłości w Taiben, gdzie miało miejsce o wiele za dużo poufałości.

   Mogli się też znaleźć tacy, którzy tę poufałość wymyślili, nawet wśród samych Ragi lub ich sprzymierzeńców, z których każdy, w myśl mglistych zasad rządzących patronatami atevich, przynajmniej jedną nogą był w innych patronatach.

   Może sytuację tę spowodował ten lepszy, szczególny związek, który, jak sądził, łączył go z Tabinim - może zbyt szybko, zbyt niezręcznie przekroczył jakąś granicę, powodowany ślepym entuzjazmem i zbytnią pewnością siebie.

   Straszna myśl. Przerażająca myśl. Odnieść zbyt wielki sukces i całkowicie zawieść?

   A gdyby tak rząd Tabiniego się zachwiał i środek ciężkości sieci atevskich Patronatów przesunął się, powiedzmy, na wschód i daleko w głąb lądu, gdzie stosunki z ludźmi nigdy nie były tak swobodne, gdzie różnice etniczne i historyczne między Ragi, Nisebi i Meduriin mogły jedynie sprawić, że ludzie wydaliby się im jeszcze bardziej odmienni i podejrzani, niż oni byli dla siebie nawzajem.

   W czasach, kiedy ludzie nie wytworzyli jeszcze cywilizacji globalnej, atevi, z wyjątkiem najbardziej odizolowanych plemion w głębi lądu i na wyspach Archipelagu Edi, już ją mieli. Atevscy badacze wyruszali na wyprawy drewnianymi statkami i robili wszystko to, co - jak mówiły zapisy - robili ludzie na utraconej Ziemi, tyle że atevi nie znaleźli Nowego Świata, tylko Edi i niewiele ponad łańcuch wulkanicznych, niezbyt zaawansowanych cywilizacyjnie i kulturowo wysp, które nie potrafiły oprzeć się podwójnemu najazdowi badaczy ze Wschodu i z Zachodu. Tamci natychmiast zagarnęli wszystko, co było w zasięgu wzroku, a jednak - z przyczyn wciąż wywołujących kontrowersje wśród etnografów - ci sami badacze spotkali się na tych obcych wyspach i znaleźli wystarczająco wiele wspólnego u siebie nawzajem i wystarczająco wiele różnic geograficznych - dział wód na głównym kontynencie wznosił się na dziesięć tysięcy metrów - żeby rozwinąć handel nie lądowy, a morski, którego szlaki, po nastaniu ery wielkich żaglowców, raczej omijały wyspy, na których spotkały się dwie główne gałęzie atevich.

   Historycznie rzecz biorąc, atevi w porównaniu z ludźmi doskonale ze sobą współpracowali. Stąd brała się ich trudność zrozumienia, dlaczego ludzie tak chętnie chcą zostać sami na Mospheirze i nie chcą przystąpić do żadnego patronatu - takiej postawie atevi po prostu nie dowierzali. Shejidan wziął na siebie zasypanie tej przepaści, przełamując swój strach przed przybyszami dla obcego pojęcia "traktatu", który ledwo rozumiał jako nawiązanie pożądanych stosunków patronackich z ludźmi. Był to jeden z najważniejszych przełomów pojęciowych dokonanych przez pierwszego paidhiego.

   Po dziś dzień Tabini utrzymywał, że nie rozumie ludzkiego słowa "traktat" ani "granica", które według niego nie miały prawdziwego znaczenia nawet między ludźmi. Tabini nazywał je sztucznymi pojęciami. Ludzkimi złudzeniami. Każdy należy do wielu patronatów. Granice istniały jako arbitralne, przybliżone linie określające wielkość prowincji - nie miały jednak znaczenia dla osób, których domy czy więzy pokrewieństwa mogły leżeć po obu stonach linii.

   Bren leżał w ciemności, patrząc, jak oświetlone przez blask księżyca firanki zaczynają się wydymać na silnym, chłodnym wietrze - po przejściu frontu zeszłej nocy pogoda znacznie się uspokoiła. Nie wyszedł po południu do ogrodu. Jago powiedziała, że ktoś mógłby do niego strzelić z dachu. Powinien trzymać się z dala od ogrodu. Nie powinien chodzić tu, nie powinien chodzić tam, nie powinien pojawiać się w tłumie.

   Banichi wcale nie zapomniał jego poczty. O nie, nie Banichi. Sprawy dotyczące osoby, której Banichi pilnował, nigdy nie były na tyle trywialne, żeby mu umknąć. Był to mężczyzna, który, jak mówili ludzie, zawsze stawiał kropkę nad i.

   To druga przerażająca myśl.

   Dlaczego Banichi miałby ukraść jego pocztę - żeby pozbawić go reklam pasty do zębów, kaset wideo i wyjazdów na narty na górę Allan Thomas?

   A jeśli to nie Banichi odebrał jego pocztę, to dlaczego kłamał? Żeby ochronić złodzieja, który ukradł reklamówki? Głupia myśl. Prawdopodobnie Banichi wcale nie kłamał, prawdopodobnie Banichi był po prostu zajęty, a on od tego koszmarnego mignięcia cienia na firance zeszłej nocy cierpi na rozdygotane nerwy oraz nadczynność wyobraźni.

   Leżał tak, wyobrażając sobie dźwięki dochodzące z ogrodu, czując woń kwitnących w nim kwiatów, zastanawiając się, jaki dźwięk usłyszy, kiedy ktoś wejdzie na przewód i usmaży się, oraz nad tym, co powinien zrobić w powstałej sytuacji...

   Albo jakie ma szanse na wyciągnięcie Deany Hanks z biura na Mospheirze, żeby chwilowo przejęła jego obowiązki na dworze aijiego, powiedzmy, na jakiś miesiąc wakacji - Boże, miałby czas zobaczyć się z Barb, ponurkować na wybrzeżu, podjąć rozsądne ryzyko w kontakcie z wrogim środowiskiem, zamiast z drażliwym atevskim dworem.

   To tchórzostwo. Nie można było podrzucić tego Deanie. "Ach, Deano, jeszcze jeden drobiazg, ktoś próbuje mnie zabić, zrób, co w twojej mocy, postaraj się, jak tylko możesz, a ja wrócę, jak wszystko przyschnie!".

   Nie mógł uciec w taki sposób. Nie wiedział, czy ma zadzwonić do swego biura i spróbować dać im znać, co się dzieje - istnieje duże ryzyko, że jeśli zrobi coś takiego, to do już niełatwej sytuacji doda błędną informację czy niewłaściwą interpretację.

   Istniały wyrażenia szyfrowe na oznaczenie kłopotów i zabójstwa - może powinien zaryzykować i powiedzieć im aż tyle.

   Lecz jeśli Tabini z jakiejś przyczyny jeszcze bardziej ograniczy łączność, to ostatnia informacja, na której podstawie jego biuro mogłoby działać, głosiłaby, że ktoś próbował go zabić - de facto oddając jego stanowisko Hanks. A Hanks była cholerną, w gorącej wodzie kąpaną babą, która obejmowała stanowisko i ruszała do przodu, taka jest przykra prawda. Była zdolna do podjęcia wszelkich środków dla przełamania milczenia Tabiniego, co mogło nie być najmądrzejszym posunięciem w delikatnej sytuacji politycznej atevich. Bren ufał Tabiniemu - w zaistniałych warunkach Hanks na pewno by mu nie dowierzała i mogłaby zrobić coś, co poderwałoby jego autorytet lub przysłużyłoby się jego wrogom.

   Niech go diabli, jeśli to zrobi i niech go diabli, jeśli tego nie zrobi. Milczenie Tabiniego było zaskakujące. Sytuacja miała zbyt wiele zmiennych. Bren był na miejscu i nawet on nie miał wystarczająco dużo informacji, żeby podjąć jakieś działania Hanks miałaby ich o wiele mniej, gdyby tu przyleciała, i w obliczu całkowitego braku informacji odczuwałaby większą presję, żeby zrobić coś, co sprowadziłoby go z powrotem, gdyby nie było jego zwłok... Od samego początku istniała bardzo uzasadniona obawa, że jakiś aiji w Shejidan lub gdzieś indziej może się zniecierpliwić wydzielaniem przez paidhiego informacji technicznych po kawałku.

   Coś o mitycznej kurze i źródle złotych jajek - przypowieść, którą pierwsi paidhiin dość bezceremonialnie zaszczepili atevskiej kulturze, tak że teraz atevi byli pewni, że istnieje coś takiego jak kura, chociaż na całym świecie nie było ani jednego prawdziwego ptaka, oraz że jest to zagraniczna, ale z całą pewnością atevska bajka.

   Tak toczyła się ta gra. Z pomocą cierpliwości, czasu, a także małych posunięć, zamiast szeroko zakrojonych akcji, i ludzie, i Tabini - aiji otrzymywali to, co chcieli.

   Kuriin i złote jajka.

następny